close
Grr…a muzyka. Płyty recenzuje Irek „Grr” Grzybowski

Grr…a muzyka. Płyty recenzuje Irek „Grr” Grzybowski

0udostępnień

Magazine. Real Life. 1978.

Słucham ich od lat, w każdych warunkach psychosomatycznych, klimatycznych, bez względu na fazy księżyca czy też stan wody na Nysie w Kłodzku. I, co w muzyce jest niezwykle rzadkie, bardzo dobrze wchodzi także na trzeźwo.

Howard Devoto to gość, który miał pierdolca, i który bardzo pragnął założyć kapelę. Mając dość ogólną wizję i puszczając zainteresowanym płyty The Stooges, mówił: – Słuchajcie, chcę grać coś takiego. I w ten sposób poznał Pete’a Shelleya. A w międzyczasie przecież dość dużo się działo: The Sex Pistols na ‚wyspach’ (Devoto nawet zorganizował im 2 koncerty w Manchesterze), The Ramones i Television w ‚koloniach’, pojawił się punk. A Howard, widząc to i słysząc, i jednocześnie kipiąc z ambicji, nie mógł się w tym tyglu pozbierać. A przecież niemiłosiernie pragnął sukcesu. W takich właśnie realiach powstał The Buzzcocks. Ale Howard (a miał, jak zauważyłem, pierdolca) opuścił zespół jeszcze przed pierwszym LP bo mu się nutki jednak nie zgadzały. I założył ‚Magazine’. I chyba właśnie w ten sposób narodził się ‚post punk’. Proste? Proste.
Na początku 1978 roku zespół wydał swój pierwszy singel ‚Shot By Both Sides’. Zaś ‚Real Life’ to ich pierwsza i, niestety, najlepsza płyta, bo po niej było już dość marnie i podle. Ale pieprzyć to, bo przecież ten kamień węgielny okazał się na wagę bardzo solidnego fundamentu.
Tutaj nie ma nudy. Mówią, że ‚Definitive Gaze’ (pierwszy numer na płycie) to ich najlepszy kawałek i jeden z tych ‚kultowiejszych’. Fakt, to wunderwaffe tamtego czasu. Ale według mnie szkoda, że płyta nie zaczyna się od drugiego numeru (‚My Tulpa’) gdyż byłoby to jedno z lepszych otwarć ever. Trudno, i tak jest zajebiście. Dalej jest ładnie i ładniej – miks punka i wszelkiego dobra, łącznie z klawiszami, gdzie pięknie plumkał Dave Formula. Rozkminiając całość, to płyta wprost zapowiadała lata 80., nową falę i nowy romantyzm. I tak się przecież stało.
Muzyka Magazine przetrwała i ewoluowała. Ich styl połączył awangardę z popem co dało im wieczne życie, a covery grane są przez Radiohead, Morrissey’a, Petera Murphy’ego czy Ministry.
Chwilo trwaj, każdy powinien wysłuchać przed śmiercią, choćby tej jesieni. Nie umierajcie więc zbyt szybko.

https://www.youtube.com/watch?v=9qk2huZdwL8

Wieże Fabryk. Dym. 2010.

Litzmannstadt stało się miejscem gdzie nastąpiła inkarnacja tej właściwej Siekiery, z poświatą Killing Joke i Joy Division. Nie tej z Budzyńskim, to inna historia jest.

 

Lubię być w Łodzi. Być. Spać, mieszkać, jeść, oddychać, żyć. Tam nie ma nic pięknego, tam jest po prostu dobrze. Pomiędzy tymi wszystkimi pobytami w Łodzi przeplata się ta muzyka, idealnie wbija.

W odniesieniu do zimnej fali jest tutaj wszystko co ważne i czego potrzeba – rytmiczne brzmienie sekcji wspomagane mrocznymi partiami gitary, wykrzyczany, ekspresyjny wokal i jebana egzystencja w bardzo dobrych tekstach. Wydaje się, że ten temat to łatwizna, ale przecież nie chodzi o typową w tym smutnym kraju kwestię narzekania, ale o pewien kierunek, wskazówkę. Czujne ucho i bystry umysł wychwycą. Słuchajcie więc z uwagą.
„To maszyna, to piękne”, to żyje. To nie jest nawiązanie, to jest po prostu dalszy ciąg. Zimna fala ciągle pulsuje, gdzieś między ustami, w przestrzeni, zaś skórę wypełnia kosmos. I to można poczuć, a nawet trzeba.

https://www.youtube.com/watch?v=JuLlJ7S_NrU

Bauhaus. The Sky’s Gone Out. 1982.

Z Bauhausem, mniej czy bardziej, właściwie toczy się moje życie.

Trzecia ich płyta, także sygnowana Beggars Banquet. Krytycy dowalili do pieca, publika zaś nie zawiodła i w efekcie album dotknęło znamię kultowości. Pieprzyć krytyków.

W roku jej wydania nie miałem o tym pojęcia (no przecież). Całe dobro tej muzyki zaczęło do mnie spływać pod koniec lat ’80. W punkowym otoczeniu wisiała wobec niej raczej pogarda, czego absolutnie nie kumam. Może to wina wina? Ja nasiąkłem, nie winem, muzyką. Woody znosił różne cuda, fajne rzeczy mieli też kumple w Bydgoszczy. Kaseta z tym materiałem zaś przepadła w odmętach akademickiego bagna… Znaczy był już popyt.
Dla mnie najlepszy krążek Angoli. Zajebiste teksty Murphiego, piękna (czasem dosłownie), synkretyczna muzyka, genialne brzmienie. Bardzo lubię włączyć.
‚Silent Hedges’ (autor to David Bowie, jeden z najgenialniejszych numerów ever) no i ‚The Three Shadow’, są domniemanym szkieletem płyty i pięknie mi robią nastrój, ale najlepszy jest ‚Swing The Heartache’. Arcydzieło. Potrafię do tego nawet tańczyć. Niemniej zachęcam do posłuchania całości.
A ta całość? Zdecydowanie jeden z moich ulubionych krążków w ogóle. Gorąco polecam.

https://www.youtube.com/playlist?list=PLDD7A2B56C4180126

Lydia Lunch. Queen Of Siam. 1980.

Pójdź pomiędzy punkowców i zapytaj, czy to znają. Żaden, kurwa… A wieczorem, w ciemnościach i ukradkiem, wrzucają na talerz. No, twarde skurwiele…

A ja mam kumpla, do którego mogę zadzwonić i zapytać: – Hej! Lydia Lunch to coś zajebistego, koniecznie wrzuć i słuchaj, i tylko na dobrym sprzęcie!

A on mnie wysłucha po czym odpowie: – Kurwa, człowieku, chyba żartujesz? Właśnie jej słucham! WTF?
I to jest szczera miłość do muzyki, a ze światem jest chyba wszystko w porządku, skoro tak to działa.
Kiedyś w zinach czytało się fajne historie. Najbardziej lubiłem te z zagranicznych wypraw, gdzie otwierał się kawałek świata niby niedostępnego. Wbiłem tam w końcu. Próbowałem i się udało (wolność przyszła do peerelu…), ale wytyczne i wskazówki z zinów były bardzo ważne. Najbardziej chyba jarały mnie opowieści o brudnych zakamarkach Amsterdamu i Harlemu. To było jak wciągające bagno i poniekąd mnie wciągnęło. Takie właśnie rzeczy dzieją się na tej płycie i w takich mniej więcej okolicznościach „poznałem się” z Lydią. I nigdy nie będę żałował. A przy niej mam te wyprawy na co dzień i chętnie tam się udaję.
Same świetne numery, teksty rozbierają nawet z gaci, zajebiście brzmiąca, przesycona soczystym saksofonem, fajnie zbasowana i kurewsko niebanalna. I ten nonszalancki wokal… Najbardziej seksowna spośród wszystkich moich płyt. Kosmiczna.

„Fingers move fingers

My wrists made of satin

Don’t be afraid of what’s gonna happen

Elbows to ankles my fists out of place

I turn around backwards and off slides my face”

New Order. Power, Corruption & Lies. 1983.

Punk is dead. Ian nie żyje. Trudno nie zauważyć, że „Movement” było demonstracją niepewności, bezradności i zagubienia. A ta płyta była zupełnie inna, wnosiła nowe.

Baran robił jakiś koncert w Raciążu, blisko jeziora. Zespół nazywał się Idee Fixe. Już nie istnieje, wszyscy nie żyją.

Poprosił mnie bym wziął w łapy ochronę imprezy. Zgodziłem się. Wziąwszy pod uwagę obecnych na koncercie cherlaków, nie było trudno. Po koncercie spaliśmy w zapleśniałych domkach miejscowego ośrodka. Cały waliłem płytą pilśniową. I wódą. Do domu, do Tucholi, z buta, bo w niedzielę komunikacja nie działała. Pieprzony PRL, jeszcze kąsał… Podczas tej wycieczki przekonałem się, że przekąska z buraka cukrowego może być smaczna. Po kilku godzinach dotarliśmy i odpoczęliśmy. I Marta wrzuciła ten krążek w odtwarzacz. Gdzieś tam usłyszałem „The Village”. Wioska, miasto, śmierdzący Raciąż… Czy to ważne?
Kiedy obiektywnie zacząłem słuchać muzyki, Ian nie żył już od kilku lat. Joy Division było dla mnie legendą i czymś, czego już na żywo nie zobaczę. Chyba każdy w moim wieku miał ten moment pogodzenia. New Order było czymś dziwnym – i nowe, i jednocześnie łączyło. Syntezatory wkroczyły na salony, a poezja zastąpiła przypadkowe zlepki słów. Co przedziwne, linie basowe właśnie na klawiszach wygrywa Gillian Gilbert, a Peter Hook na basie wygrywa linie melodyczne, jednocześnie obsługując automat perkusyjny. Cios. Warto dodać, że Sumner wyzwala się z maniery naśladowania Curtisa na wokalu. W ten sposób spadkobiercy licealnych tragedii zapraszają tych co ocaleli do zabawy. Taki pomost.Tak to odebrałem i bardzo polubiłem. Ten krążek był tym nowym, właściwym. Nie będę się rozpisywał o muzyce. Zwyczajnie odpowiadała mi, we właściwych chwilach robiła idealny klimat. I dalej robi. Płyta ma piękną okładkę. Obraz na okładce jest autorstwa francuskiego artysty Henri Fantin-Latour, ktory został stworzony specjalnie dla New Order. Duży wpływ na tytuł i okładkę miał Bernard Sumner.
Oryginalne tłoczenie „Power, Corruption & Lies” nie zawierało legendarnego i znanego numeru”‚Blue Monday”. Wzruszeń zaś dostarczają łkające przeplatanki gitar w przepięknym „Leave Me Alone” – utworze, który przy dobrych wiatrach mógłby powstać za czasów Joy Division.
„Power, Corruption & Lies” jest najbardziej psychodelicznym albumem New Order. Tak jak nad „Technique” patronat objęło ecstasy, a „Republic” nosi poważne znamiona nadużywania kokainy, tak drugi longplay zespołu ilustruje jego przygodę z LSD.
Baranowi i mnie pozostały jedynie cukrowe buraki.

https://www.youtube.com/watch?v=tL6n8DyTvJI

Tom Waits. Rain Dogs. 1985.

Zakazane rewiry i codzienny żywot wykolejeńca. Cały czas pada deszcz, obślizgłe ściany czynszówek i trzeszczące schody ewakuacyjne. Wielkie Jabłko, obskurne, mokre i śmierdzące, okrągły księżyc świeci ćmawo. Ulicami, prócz wyziewów rynsztoka, snują się jeszcze poszukujący wrażeń. Tyle języków wokół, a ty nie kumasz nic. Wszyscy pijani w sztok. Dużo dźwięków i chce się tańczyć, ale nogi jakby ugrzęzły w śmieciach, rzygowinach i jakimś ulicznym mule. Ale chce się przez ten szlam brnąć bo to zawsze jakieś wyzwanie, walka. Patrzysz w okna mieszkań, teatrów i burdeli, a tam blichtr, światła, bourbon leje się litrami…Człowieku, witaj w Nowym Jorku! Choć jesteś niczym zmokły, bezdomny pies…

„Gdzieś w środku nocy żarówka na drucie

z rur kapie woda, kominy i wrony

szyny wyjeżdżają z czarnego tunelu

nic już nie przeszkodzi…”

Inna historia, ale treścią jak bardzo pasuje, bo ta historia zawsze może mieć dalszy ciąg…

https://www.youtube.com/watch?v=kH-lDwh7o1U

Irek „Grr” Grzybowski – Przyszedłem na świat wraz z narodzinami muzyki punk, którą później pokochałem. Wiem co to prywatka, adapter, walkman, kaseta, przeżyłem „zimę stulecia” i komunizm. Na pierwszy koncert uciekłem z domu w wieku 14 lat. Miałem wspaniałych mentorów, którzy zaszczepili we mnie muzykę, a która stała się częścią mojego życia. I tą muzyką chciałbym się podzielić.

Budapeszt od kuchni, czyli mangalica, mięsne specjały i tort Dobosza

Jastrzębia Góra kusi miłośników szkockiej

Dodaj komentarz