close
Grrr…a Muzyka!

Grrr…a Muzyka!

18 marca 2017muzykarecenzje płyt367Przeglądy
0udostępnień

Om „Advaitic Songs” (2012)

Tak. To żadne świętokradztwo, Na okładce tej płyty jest Jezus.

Spotkaliście Go kiedyś? Od wielu osób w swoim życiu usłyszałem: – Spotkałem w życiu Jezusa. No cóż. Świetnie! Więc może powiem wprost – ja nie spotkałem. Nie, żebym go jakoś specjalnie szukał, ale skoro tyle osób go spotkało, to dziwne, że mnie się to nie udało. Może mnie olał? Niemniej przytrafiło mi się w życiu kilka sytuacji, że sprawa tego tajemniczego nieznajomego wyświetlała mi się pośród myśli.

Raz byłem z kumplami gdzieś nad jeziorem. Ach, co za wspaniały czas. Namiot, piwo, muzyka, dziewczyny. Sielanka. Ale, jak to na wczasach bywa, znalazło się też jakieś „bydło” z Lublina (w tym miejscu gorąco chciałbym pozdrowić moich serdecznych przyjaciół z Lublina!). Kolesie byli ostro napruci i ewidentnie niesforni. Kiedy tłukli szyby w spożywczaku, nie zareagowałem. Kiedy wrzucali kosze na śmieci do jeziora, jeszcze ustałem. Ale kiedy zapragnęli porwać siostrę kumpla gdzieś do lasu, musiałem zająć jakieś stanowisko. Podobne zresztą do stanowiska rzeczonego kumpla. Ich pięciu, nas dwóch, ale zważywszy stan i ułomność oponentów, sprawy potoczyły się szybko, szczegółów zaś nie przytoczę. Chciałbym zachować pewną estetykę opowieści. A potem przyjechała „milicja”, był komisariat, przesłuchania, pobranie odcisków, standardowe „24”. „Milicjanci” byli niezwykle daleko od określenia „mili”. Bardzo daleko. Trochę nawet bolało. I kiedy już myślałem, że tata i mama nie będą z tego jakoś specjalnie zadowoleni, w pokoju przesłuchań pojawił się on – postawny, wysoki, lekko śniada cera, duże „cielęce” oczy i pełne usta. Jak na mężczyznę był piękny, niczym Apollo lub urodziwy Hindus z Bombaju. A gdyby miał długie, ciemne włosy i nie był w mundurze, a w białej szacie… No właśnie… W głowie kotłowały mi się myśli. Chyba był komendantem tego posterunku, bo straszny posłuch miał. „Milicjanci” odstąpili, zwiesili nosy. Niedługo później oddano nam wszystkie zabrane wcześniej rzeczy, po czym jeden z „milicjantów” karnie odwiózł nas do namiotu. Minęła noc. Rankiem obudził nas On. Stał przed namiotem, w pięknym mundurze, uśmiechał się. Powiedział, że z łobuzami z Lublina miał spory problem, bo grandzili od tygodnia, a dzięki nam problem zniknął, bo i oni zniknęli w „tajemniczych okolicznościach”. I dziewczyna nie ucierpiała, a reszta szkód jakoś do przeżycia. Zrobiło się naprawdę miło, jakby jakiś cudowny blask zstąpił, a warto dodać, że był to ciepły, piękny, niedzielny poranek. Uśmiechnęliśmy się. Pan komendant wkrótce zakończył opowieść, a odchodząc odwrócił się jeszcze na pięcie i podał mi do podpisania kwity. Był to mandat za rozbicie namiotu w niedozwolonym miejscu. No w lesie stał, a tak być przecież nie może, a porządek w papierach musi być.

Właśnie ta historia przypomniała mi się przy tej płycie. Płycie pięknej, zrównoważonej, ekumenicznej. Zaś jej mistycyzm musi być srogo przyprawiony haszyszem, tak sądzę. Jeśli znacie zespół, to oczywistym jest, że tutaj Amerykanie odjechali od własnych standardów. Ale to dobrze. Bardzo mi to odpowiada, bo wszystko, co wyrasta na gruzach stoner-doom-metalu, jest od niego lepsze. I choć nie musi to być progres, to jest piękną odmianą. Wspaniale się tego teraz słucha. Są smyczki, damskie wokale, dużo dźwięków etnicznych i magicznych, jak z bliskowschodnich ogrodów czy hinduskich pałaców. Użyłbym słowa „bajkowo”, ale to zbyt banalne. Jest zajebiście! Jedna z tych płyt, dzięki którym z przyjemnością podróżuję na wschód. Być może po to, by Jezusa tam wreszcie spotkać, bo mam kilka pytań. Ostatnio przeczytałem, że Ryanair uruchomił tanie połączenia do Izraela, więc może w końcu się uda.

Przyjemnego słuchania!

Fugazi „First Demo” (2014)

„Jestem chorym chłopcem” powiedział kiedyś Ian MacKaye. Piękna jest ta jego choroba.

Było kiedyś świetne Minor Threat, ale się skończyło. Z upadkiem Minor Threat Ian MacKaye porzucił w dużej części hardcorowy rezon, ale choć wrzucił wyższy bieg, to pozostał outsiderem i buntownikiem. Za to rozwinął artystyczne skrzydła. Tak powstał zespół, który potrafił stworzyć muzykę dalej charakterystyczną, ale bardziej wysublimowaną, zróżnicowaną, coraz bardziej inspirowaną, ale przede wszystkim inspirującą. Czerpali z nich Pearl Jam, Red Hot Chili Peppers, R.E.M. Mieli ogromny wpływ na rozwój sceny waszyngtońskiej. Ponadto byli na wskroś niezależni, co wielu imponowało i imponuje do dzisiaj. Stawiali warunki i szli swoją ścieżką, nie pozwalając sobie na układy z muzycznym biznesem. Nawet Lollapaloozę z kretesem olali, gdy warunki ich zawiodły. A to punkowym i hardcorowym dzieciakom może bardzo imponować.

Fugazi – to zespół porażający energią i pasją. Zespół, który ciągle się rozwijał i nie trzymał kurczowo obranych schematów, w zamian sięgał po nietypowe dla siebie instrumenty i środki wyrazu. Zespół, który nie nagrał słabej lub przeciętnej płyty, a i trudno rozstrzygnąć, która z nagranych jest najlepsza.

A ta płyta nie dość, że rewelacyjnie brzmi, to jest jak dobra zabawa.

Ukazała się w 2014 roku i jest absolutnym powrotem do korzeni. Totalna surowizna. Nie jest to żadna retrospektywa, to pierwotny materiał zarejestrowany przez zespół w 1988 roku, po roku swojego istnienia, a teraz dopiero remasterowany i wydany. Nie wyszło wtedy żadne oficjalne wydawnictwo, w eter poszły jedynie nieoficjalne nagrania z zachętą do powielania, przegrywania, kopiowania i słuchania. Na umór i do zarżnięcia, bo tak można. Panowie z Fugazi zaś popadli w wir koncertów, później przyszły regularnie nagrywane płyty, także z utworami z demo, ale w zupełnie innych aranżacjach. Teraz wszystko wróciło, ukazał się piękny winylowy krążek, a wiekuisty święty krąg został zamknięty. Borze Tucholski, jakie to jest piękne.

A ja też byłem chory i dalej jestem. Na Fugazi zachorowałem, nieuleczalną i piękną chorobę. Dotknęło mnie to od wcześniaka, był to dla mnie fenomen i jest dalej. Do krwi ostatniej. Nie ma na to żadnej pigułki, zastrzyku. Te strupy ciągle krwawią czystą miłością. Tkwiąc w tym okrutnym konaniu, jako największy z naiwniaków, cały czas żywię nadzieję, że jeszcze zagrają. Ale nawet sam Ian nie wyklucza takiego scenariusza: „Musieliśmy zakończyć działalność, ale nie rozpadliśmy się jako zespół. Nazwałem ten stan zawieszeniem na czas nieokreślony właśnie dlatego, że rozpad Fugazi byłby absurdem. Obeszło się bez kłótni, nikt nie usłyszał „pierdol się!”. Niewykluczone więc, że kiedyś jeszcze zagramy, ale równie prawdopodobne jest, że już nigdy do tego nie dojdzie. (…) Zagramy tylko wówczas, gdy będziemy mieć ochotę i pozwoli nam na to czas.”

Jak ja im, kurwa, tego czasu i ochoty złośliwie życzę…

Silent Scream „Public Execution” (2013)

Dziecięciem będąc wydaje ci się, że godziny ciągną się niemiłosiernie długo. Wystarczająco długo, by każdy szczegół świata zapamiętać. Każde słowo, zapach, kształt, kolor. Nie było miejsca w mojej okolicy, którego bym nie znał. A najlepsze były wszelkie dziury i zatęchłe zakątki. Później życie przyspiesza, nawet zaczyna zapieprzać… Jedna szkoła, druga, kolejna, pierwsza przeprowadzka, miasto, kolejne miasto. Dziewczyny mijają jak piękne zjawy. Za każdym razem chcesz rozgryźć, rozebrać, rozszarpać, poznać, wniknąć w nie, doświadczyć, zapamiętać, ale czegoś brakuje, nie nadążasz, gubisz się. Może to brak „pamięci podręcznej”, a może pakiet instalacyjny jest zbyt duży. Może zaś dorosłość jest uboższa od dziecięcego rozumowania. Człowiekowi nie potrzeba zbytnich komplikacji.

Brnąc przez muzyczne oceany jest podobnie, chyba każdy poczuł się na nich rozbitkiem, mając nawet jakąś ukochaną wyspę. Z drugiej strony, jakże piękne jest poznawanie tych wszystkich mórz i oceanów, jak różnie smakują wody słodkie i słone, jak pięknie jest dostrzegać różnice między nimi. Wypierdalać! Wszyscy na morze! Poznawać!

Zespół poznałem dopiero w ubiegłym roku. Niektórzy z Was może wcześniej. Ale ja absolutnie nie jestem „matrosem”, ledwo zwykłym majtkiem, choć niejeden sztorm już za mną i niejedno chujowe lądowanie. A jednak, co jakiś czas przychodzi znaleźć się na bardzo miłej plaży i doświadczyć nowego. I tutaj tak miałem. Miłej, nie znaczy pluszowej… No, kurde…

To fińskie trio w ciekawy sposób łączy różne, czasami bardzo odległe wpływy. W ubiegłym roku wydali album „Carrion Screaming” (bardzo fajny), ale to dzięki „Public Execution” ich poznałem. Piękne to było poznanie i spotkanie. Wiadomo, że było wiele radości, znaczy wielu przyjaciół, gorzała i mnóstwo muzyki, ale ten placek z całej muzycznej menażerii zapisał się najmocniej w pamięci. Często odtwarzam, bo wiele motywów na tej płycie mi zwyczajnie odpowiada i pasuje. Podobno jest „cięższa” niż pierwsza, ale pierwszej jeszcze nie słyszałem. Szukam właściwego momentu, a czasu brak. Zaś tutaj mam to, czego potrzebuję na konkretną chwilę: muzyczna spójność (ale z niespodziankami), mocne bębnienie, brutalne, apokaliptyczne teksty i piękna surowość. I zajebista dzikość. Jeśli Finowie tacy są właśnie, to ich już kocham. Tutaj absolutnie nie ma żartów, bo i nie ma o czym żartować. Nie ma zbyt długich i filozoficznych zwrotek, jest konkretny przekaz, walnięcie Przywodzą też na myśl wiele zespołów, między innymi Killing Joke, Joy Division, Bauhaus czy nawet Swans, ale to są wyłącznie moje swobodne, muzyczne podróże i rozmyślania. Nie sugerujcie się tym ani trochę. Bierzcie na żywioł. Warto. Tak ma być. Panowie Finowie ciekawie też korzystają z dobrodziejstw elektroniki, która buduje cudownie neurotyczne tło. Krótko rzecz ujmując, najprawdziwszy post punk. Serdecznie polecam. Dla mnie jedna z ulubionych płyt ostatnich miesięcy. Imponująca, porywająca i wyjątkowa. Dobrej nocy. Ja spadam do Helsinek.

Irek „Grrr” Grzybowski

Życie kredką rysowane

Flaki? To nie tylko polska specjalność