close
Kilka procent planu

Kilka procent planu

18 marca 2017bohomass labWywiad278Przeglądy
0udostępnień

O kulisach powstania Bohomass Lab, wyjątkowego miejsca na klubowej mapie Kielc i całej Polski opowiada Max Materna

Jesteś dj-em, który cztery lata temu postanowił, oprócz puszczania muzyki i podawania alkoholu, zrobić coś więcej. Wtedy na kieleckiej scenie klubowej pojawił się Bohomass Lab. To pierwszy klub, jaki prowadziłeś samodzielnie?

Wcześniej byłem wspólnikiem klubu Karma – miejsca, które powstało na starych śmieciach po kultowej Karczmie. Ale to była krótka historia, bo główny inwestor miał diametralnie różną od mojej wizję – ja nie puszczam disco polo! Karma miała być naturalną kontynuacją Karczmy. Te plany się rozmyły i zdecydowałem się odejść.

Chwilę później zlikwidował się jeden z kultowych wtedy klubów w mieście, czyli mehehe. Mintaj szukał osoby, która kupi od niego miejsce, a Ty właściwie i tak już tam mieszkałeś…

Wtedy byłem już mocno zarażony ideą małych klubów, takich jak Tunel, Hormon, Wagon, mehehe, Galeon… Było kilka dyskotek grających coś więcej niż typowe radiowe hity, gdzie szlifowałem swoje dj-skie umiejętności i poznawałem ekipę. Miałem wtedy 15 lat! Zacząłem zarabiać jakieś minimalne pieniądze, poznawałem dziewczyny i… wszystkie potrawy z ziemniaka. Bo jednak 100 zł na tydzień nie pozwalało mi przeżyć. Przez brak kasy co chwilę zmieniałem mieszkania. Byłem wtedy takim hipisem. Poznałem ludzi z Warszawy, ludzi od techno. I poszedłem w elektronikę, mimo iż z domu wyniosłem też zamiłowanie do rocka czy jazzu. Dzisiejszy Bohomass jest kontynuacją tego wszystkiego, co zdarzyło się wcześniej. Pierwotnie był kolektywem dj-skim. Nazwa wpadła mi do głowy w Krakowie. Powstało jakieś logo i ten kolektyw zaczął funkcjonować jako coś, co zrzesza dj-ów, promuje ich. Po powrocie do Kielc pod tą właśnie nazwą zacząłem robić wydarzenia. I faktycznie, prawie zamieszkałem w mehehe, bo tam bawili się ludzie, którzy kiedyś bywali w innych klubach. Piliśmy wódkę, tańczyliśmy. W zasadzie mehehe to w pewnym momencie był niemal squat!

Nie bywałem tam codziennie, ale w pewnym okresie wchodząc do klubu miałem wrażenie, że w ogóle stamtąd nie wychodziłem. Te same twarze, żarty, muzyka…

No tak, wdarł się marazm, Mintaj też nie wytrzymał ciśnienia, chciał czegoś innego i wcale mu się nie dziwię. Siedem lat dzień w dzień to samo… Wiesz, ja w tej chwili nie piję, drinka czasami. Bo nie da się prowadzić klubu i łoić. A w pewnym momencie było wszystko – wóda, koks… I dobrze, że było, bo mi się przejadło. Kiedy Mintaj chciał sprzedać klub, ja już nie miałem tego ciśnienia na zabawę i mogłem poważnie zając się robotą. Bohomass otworzył się jako klub i klubem miał pozostać. Ale Kielce sprowadziły mnie na ziemię. Byłem zachłyśnięty innymi miastami, gdzie inicjatywy muzyczne same hulają i same się finansują. W Kielcach zderzyłem się z twardą rzeczywistością. Musiałem poszukać dodatkowej działalności. I tak najpierw pojawiły się burgery.

Bardzo dobrze, że się pojawiły. Wielu ludzi szuka miejsc, gdzie można nie tylko posłuchać muzyki i poskakać, ale też zjeść.

To nie była taka prosta droga. Klub otworzyliśmy w lutym, a jedzenie zaczęliśmy robić chyba w wakacje. Dzięki twoim sugestiom pojechałem do Warszawy, poznałem chłopaków z Warburgera, zjadłem w kilku burger barach… Jedzenie zawsze było ważne w moim życiu, bo jestem żarłokiem i od najmłodszych lat gotowałem. Na początku tych burgerów schodziło tak żałośnie mało, że nie miałem kucharza i robili je barmani. Ale pchnęliśmy reklamę, okazało się, że nie ma w Kielcach burger baru z prawdziwego zdarzenia, więc byliśmy de facto pierwsi. Tuż po nas wszedł Burger & Co. Okazało się, że ludzie taką formułę klubu, w którym można zjeść coś dobrego i robionego na miejscu zaakceptowali. I poszło. Nie nazywaliśmy się burgerownią, przede wszystkim byliśmy wtedy klubem nocnym. Nagle okazało się, że burgery schodzą coraz lepiej. Barmani mieli przechlapane. Właściwie codziennie jeden z nich musiał stać na kuchni, która miała z półtora metra na trzy. Trzeba było powiększyć przestrzeń. Wywaliliśmy ścianę za kuchnią i otworzyliśmy z rodziną, bo musisz wiedzieć, że pierwszy Bohomass powstał przy ogromnej pomocy rodziny, kawiarnię. I w tejże kawiarni zaczęło się pojawiać jedzenie różne. Przypadkiem poznałem wtedy mojego obecnego wspólnika, który wrócił do Kielc i zamierzał zainwestować pieniądze. Zbiegło się to z okresem, gdy budynek na Kapitulnej, gdzie obecnie rozmawiamy, był do wynajęcia. Bodzentyńska, gdzie pierwotnie mieścił się klub, powoli umierała. W tygodniu nie zaglądało tam na tyle dużo ludzi, by utrzymać restaurację, a w weekendy okazywała się za mała. Niestety, w Kielcach kluby stricte muzyczne nie mają racji bytu. Biorąc pod uwagę, że wszystko zaczęło się składać w całość – wspólnik, nowe, większe miejsce – idea była jasna. Część restauracyjna, część klubowa, ogródek, kino letnie. Wszystko działające w ramach jednego miejsca.

No właśnie, mówisz, że w Kielcach wiele rzeczy się nie sprawdza. Nie bałeś się, że takie rozstrzelenie – klub, restauracja, kino letnie i wiele innych aktywności – przyciągnie ludzi? Było wiele głosów, że to nie ma prawa się utrzymać. Okazało się, że się da. Jakim cudem?

Wiesz… da i nie da. Nie ma tak, że u nas wszystko działa perfekcyjnie. Że działamy na 120 procent w każdym segmencie.

Ale na pewno jest łatwiej niż dwa, trzy lata temu. Wydaje mi się, że przez swoją działalność zmieniacie także mentalność mieszkańców.

I znowu – jest łatwiej i nie jest łatwiej. My jesteśmy całkowicie związani z działalnością oddolną. Gdyby coś ruszyło się odgórnie, nie chodzi o politykę… To jest trend ogólnopolski dotyczący średnich miast. Władze nie do końca wiedzą, w czym mają pomóc przedsiębiorcom i mieszkańcom. Jeśli o czymś decydują ludzie, dla których aktywnością kulturalno-gastronomiczną jest spożycie piwa i golonki na koncercie disco polo, to nie oczekujmy wsparcia dla np. kina letniego czy „śniadania na trawie”. My funkcjonujemy w przestrzeni, jaką sami sobie stworzyliśmy. Po prostu. Gdybyśmy sami jej nie stworzyli, to nie byłoby dla niej miejsca. To, że formuła jaką wypracowaliśmy przyciąga i gości restauracji, i osoby lubiące potańczyć, i fanów kina wynika wyłącznie z tego, że uderzyliśmy w najlepsze formy spędzenia wolnego czasu. Tym bardziej, że np. kino letnie jest darmowe. Bierzesz leżak, idziesz na trawę i oglądasz. Nie płacisz za to, nie zmuszamy nikogo do zakupu piwa czy jedzenia. Dla nas to po prostu świetny nośnik promocyjny. Nie ukrywam, że tak zwana „awantura o trawę” wypromowała nam kino na poziom niebotyczny! Można powiedzieć, że nie przykładając ręki, umożliwiliśmy kieleckim władzom w końcu dobre posunięcie. Coś ruszone oddolnie zostało pchnięte odgórnie. Jedzenie… Na jedzenie ludzie będą wychodzili zawsze. Mamy o tyle dużo szczęścia, że jedzenie na terenie zielonym nie może być porównywalne z jedzeniem na betonie. Nasze położenie sprawia, że jesteś w centrum miasta, od deptaka to raptem z 40 metrów, a jakby poza nim, bo ruch jest mały, a w pobliżu mnóstwo zieleni.

Koncerty. Taką ich mnogość pamiętam z przełomu lat 80. i 90, kiedy w klubach (głównie studenckich) niemal co tydzień odbywały się jakieś punkowe gigi.

O to bałem się najbardziej. Nie wiedziałem, czy aż taka aktywność w tym obszarze jest ludziom w naszym mieście potrzebna. Ale nie ma tu klubu koncertowego. Od czasu do czasu są jakieś na Kadzielni, któryś klub zaprosi jakiegoś wykonawcę i tyle. Okazało się, że można wejść na koncert, ale… Nie wypijesz na nim browara, nie zjesz. Wiem, że to brzmi kolokwialnie, ale to także kojarzone jest z dobra rozrywką. Tego brakowało. Otworzyły się, owszem, sale koncertowe, ale to nadal nie jest klub. Atmosfera w hali nigdy nie będzie tak fajna, jak w małym klubie. Tu obok ciebie skacze 300-400 osób a nie 4 tysiące. Tu artystów możesz dotknąć, a po koncercie posiedzieć z nimi przy szklaneczce whisky lub steku. To rodzi poczucie więzi.

Podoba mi się, że nie ograniczasz się do jednego gatunku. Choć sam grasz techno, na scenie Boho występują ludzie z kompletnie innych bajek muzycznych. Rock, rap, pop, muzyka klubowa… To jest moim zdaniem siła tego klubu.

Bo sam słucham bardzo różnych rzeczy! Część odrzucam, część sobie zostawiam. A nawet często puszczam coś, co nie do końca mi się podoba, ale wiem, że jest na to popyt i ludzie chcieliby to zobaczyć. Chyba, że coś mnie żenuje. Wtedy tego nie zrobię. I koniec.

Czyli Bohomass jest idealnym miejscem na melanż? Pobawisz się na koncercie, potańczysz, zjesz i wypijesz, obejrzysz film lub mecz… Możesz przyjść rano i wyjść następnego dnia.

Ha! Możesz, oczywiście. Ale nie chciałbym, żeby Bohomass kojarzył się jedynie z melanżem. Nie chodzi nam o to, żebyś złoił się wódą i przewracał na ogródku! Robiliśmy tu różne, naprawdę rzeczy – funkowe wesele, komunię, stypę po świetnym rysowniku komiksów, imprezy firmowe, szkolenia, warsztaty… To nie jest tak, że możesz u nas załatwić sobie wyłącznie wódkę i jedzenie. Możesz u nas zrealizować naprawdę wiele swoich zachcianek. Ale jeśli te zachcianki przekroczą nasze rozumienie dobrej zabawy, to ci podziękujemy i polecimy szukać innego miejsca. Wolę by Bohomass kojarzył się jako miejsce dla firm, miejsce kulturalne czy organizator Mass Code.

Czujesz się człowiekiem spełnionym?

Jakbym poczuł się spełniony, to sprzedałbym Bohomass i pojechał w podróż dookoła świata. Jeśli chodzi o plany na przyszłość dotyczące klubu, to myślę, że wykonałem na razie jakieś 5-8 procent planu.

Nie boisz się, że otwierając kolejne miejsce pod tym szyldem nie odtworzysz już klimatu?

Nie, nie boję się. Powiem coś, co może nie będzie dobrze odebrane. Gdybym otworzył Boho w dużym mieście, to z ekonomicznego punktu widzenia, byłoby mi dużo łatwiej. Ale cały czas uważam, że warto było zacząć właśnie tu, bo tu jest fajna energia, bo jestem stąd i wierzę, że powoli zmieniamy się na lepsze jako społeczność. Jeden Bohomass na jedno miasto wystarczy i jeśli kiedyś pomyślę o otwarciu kolejnego, to na pewno już w większym mieście.

Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia w realizacji dalszych planów.

Maksymilian Materna- niegdyś najmłodszy techno DJ w kraju, a następnie organizator i promotor. Współodpowiedzialny za setki imprez muzycznych i innych wydarzeń. Pasjonat kuchni, który połączył dźwięk i smak, otwierając w Kielcach Bohomass Lab i Restaurację Boho- klub połączony z doskonałą kuchnią. Do dzisiaj wielokrotnie nagradzany za swoją pracę sceniczną, a także działania na rzecz rozwoju kultury. Prywatnie bardzo niegrzeczny chłopiec i aktywny działacz społeczny.

Zdjęcia: Michał Jaroń i bohomass lab

Wrocław smakuje od samego rana

Co jest dla Ciebie rajem?