close
Spotkanie z Mad Max’em

Spotkanie z Mad Max’em

0udostępnień

Co ma wspólnego grecki filozof Epikur z postacią Mad Max’a, bohatera postapokaliptycznych filmów drogi w reżyserii Georga Millera, który przemierza pustkowia swiata wyniszczonego przez konflikty nuklearne i napotyka na swej drodze plemiona barbarzyńców, dla których jedyną świętością jest paliwo do ich piekielnie szybkich i krwiożerczych maszyn, o które wlczą na śmierć i życie? Na pierwszy rzut oka niewiele, bo co może łączyć twórcę filozofii, która opiera się na czerpaniu przyjemności z życia, z wypalonym wojownikiem szos, który walczy o przetrwanie w świecie pełnym przemocy i pozbawionym wszelkich zasad? Jest jednak takie miejsce na ziemi, gdzie te dwa, zupełnie różne śwaty, łączą się w niesamowitą całość. To pustynia Black Rock Desert w Newadzie, na której środku, na dnie wyschniętego jeziora, od 1997 roku odbywa się niesamowity festiwal zwany Burning Man. Szerzej o tym wydarzeniu napiszę w oddzielnym artykule, który ma być w zamierzeniu mini przewodnikiem opisującym cały proces podróży na festiwal czyli nasz „Road Trip”, element na stałe związany z Ameryką i pozycją samochodu w jej kulturze.

Ktoś pomyśli, ok. festiwal festiwalem ale co to ma wspólnego z motoryzacją, bo jak by nie patrzec jest to dział o motoryzacji. Owszem, ale samochody, to nie tylko suche dane testowe i parametry śilników, to także nieodzowny element naszego życia i kultury, który w obecnych czasach co raz mniej kojarzy się nam z samą przyjemnością podróżowania, a co raz bardziej z robotem, który chce nam tą przyjemnośc zabrac. Na szczęscie są na świecie takie kraje jak Stany Zjednoczone, gdzie samochód nie jest tylko elementem podróży pomiędzy dwoma punktami, a jest czymś w rodzaju świętości, która przejawia się w projektowaniu samochodów mających dawać nieograniczoną przyjemnośc z jazdy, komfort i dużo przestrzeni. Dlatego motoryzacja w stanach jest ciekawa, różnorodna, indywidualna i bez ograniczeń, o czym między innymi możemy się przekonać na festiwalu Burning Man.

Nieważne dokąd dolecisz samolotem, zawsze będziesz musiał dojechać na teren festiwalu (no chyba, że masz awionetkę to możesz przylecieć, jest pas startowy). Są rożne sposoby dotarcia na miejsce takie jak autostop, rower, motocykl ale najpopularniejszym z nich jest samochód, a właściwie RV czyli po naszemu kamper.

Pod główną bramę podjeżdżamy po zmroku i to co od razu rzuca nam się w oczy to miliony kolorowych świateł, buchające w niebo płomienie, jak w mieście Bartertown z trzeciej części Mad Max’a, brakuje tylko mamuśki Tiny☺ Nagle za swoimi plecami czujemy zbliżający się i rytmicznie dudniący bas, odwracamy się, oślepiający błysk i z płomieni wyłania się ogromna samobieżna ośmiornica, której macki, ruszając się w górę i w dół zioną ogniem, a z centralnego punktu w niebo bucha wielka kula ognia, wszystko to w towarzystwie ciężkiego rytmicznego techno rodem z Berlinskich klubów i bawiących się na pojeździe ludzi.

Tak wyglądało moje pierwsze spotkanie z wszędobylskimi „Mutant cars”, czyli mobilnymi konstrukcjami tworzonymi przez uczestników w calu majestatycznego przemieszczania się po terenie festiwalu z maksymalną prędkością nie przekraczającą 5 mil/h, co biorąc pod uwagę powierzchnię festiwalu wynoszącą około 25 kilometrów kwadratowych, jest świetnym wyborem. Aby dostać pozwolenie na poruszanie się naszym „mutantem”, musimy go najpierw skonstruować, a następnie wysłać zdjęcie do organizatorów i mieć nadzieję, że nasz twór im się spodoba ale jeśli będzie cool, to macie dużą szansę. Oczywiście nie każdego stać na budowę i transport swojego wozidła więc najpopularniejszym środkiem transportu jest tu bezapelacyjnie rower, którego zalety doceni każdy uczestnik festiwalu po pierwszym dniu przemieszczania się po miasteczku Black Rock City. Wyobrażmy sobie 50 tysięcy ludzi z całego świata, w tym bardzo dużo artystów, hipisów, hedonistów i to co powstaje w ich głowach, a potem zmienia się w najróżniejsze formy transportu od najdziwniejszych rowerów, przez elektryczne pojazdy, fury z odciętymi dachami, jeżdżące buty Converse, samobieżne DJ’ki i kanapy, maszyny kroczące, narty z kółkami oraz te największe, majestatycznie sunące okręty pustyni, żaglowce, pirackie łajby zbudowane na przyczepach lub starych podwoziach autobusów. Kreatywność niektórych zapiera dech w piersiach, ale za dnia zobaczymy dopiero przedsmak bo te konstrukcje w pełnej krasie najlepiej podziwia się w nocy.

Black Rock City zmienia się w dzikie, napędzane benzyną i gazem, oświetlone milionami świateł, buchającymi płomieniami i pulsujące muzyką miejsce.  Każda osoba, każdy rower czy inny pojazd obwieszony jest wszelkiego rodzaju ozdobami świetlnymi, od świeczek przez palniki na propan butan po wielkie i dopracowane systemy LED.

Gdy przystaniemy na chwilę i rozejrzymy się w okół, otoczeni ferią kolorowych świateł możemy poczuć się jak w środku galaktyki, galaktyki Mad Max’a. Zresztą Rockatansky, czuł by się tam jak w domu, bo pomimo tego, że na festiwalu panuje świetna atmosfera, można powiedzieć, że trochę hipisowska, to nikt nie zapomina o tym, że bez wysokooktanowej benzy, oleju napędowego i gazu całe to ogromne przedsięwzięcie siadło by jak rozdeptana purchawka. Oczywiście mamy panele słoneczne, wiatraki itp. ale żeby zasilić 20 metrowy okręt, który świeci jak bożonarodzeniowa choinka i ma soundsystem jak na dobrej dyskotece to trzeba ciągnąc za soba przyczepę z porządnym agregatem☺ Oprócz tego, że właściwie całą dobę różnorakie „mutant cars” poruszają się po terenie wokół centralnego punktu festiwalu, zwanym „Playa”, gdzie znajdują się także instlacje artystyczne, to w dobrym tonie jest czasem przystanąc i zaprezentować swój soundsystem festiwalowiczom. Gdy tylko jakiś „okręt” zakotwiczy na chwilę , od razu zbiera się obok niego mnóstwo osób, parkując swoje rowery i pojazdy wokół, i zaczyna się impreza.

Playa to jednak nie wszystko, bo większośc terenu festiwalu zajmują obozowiska, rozlokowane promieniście od centralnego punktu wzdłuż głównych duktów w kształcie okręgów. Przemieszczając się po tym miasteczku widzimy cały przekrój srodków transportu, którymi uczestnicy festiwalu przyjechali na miejsce. Królują oczywiście RV (Recreation Vehicle) w każdej postaci, od starych parchów ledwo co trzymających się kupy i pamiętających jeszcze lata 70’te, przez standardowe kampery o długości około 8-10 metrów po luksusowe autobusy z rozsuwanymi ścianami i jaccuzi w środku.

Z pośród zwykłych samochodów najczęściej spotkamy minivany lub vany bo to najlepsze połączenie pakowności z możliwością noclegu i schłodzenia się gdy pustynia da nam w kość. Silnik naszego pojazdu lub generator w kamperze możemy odpalać na maksymalnie cztery godziny dziennie więc nad większością aut obozowicze ustawiają plandeki lub wiaty aby jak najbardziej ograniczyć dostęp promieni palącego słońca i zapewnić sobie choć trochę cienia.

Trzeba pamiętać aby na teren festiwalu wjechać z pełnym bakiem albo wziąć zapas w baniak bo jak o tym zapomnimy siedząc w kabinie przy włączonej klimie to podczas wyjazdu może być problem gdy okaże się, że w baku sucho. Dużą grupą są także samochody ciężarowe (takie duże kurierskie z rampą z tyłu) oraz naczepy na których przyjeżdżają kontenery. W przypadku ciężarówek wygląda to mniej więcej tak, że ludzie przywożą w nich swoje mutant cars, agregaty, namioty, rowery, prowiant, a gdy wszystko wyładują w środku robi się miejsce na nocleg. Potem wystarczy do środka wstawić klimatyzator i mamy piękną „jaskinię”. Natomiast jeżeli chodzi o kontenery, to są to po prostu wcześniej zbudowane i wyposażone pudła wyglądające w środku jak połaczenie arabskiego domu z sypialnią Beavisa i Butthead’a czyli dywany, kanapy i poduszki, w których urzędują uczestnicy festiwalu. Do tego wszystkiego dochodzą oczywiście samochody obsługi pośród których znajdziemy jeep’y i pickup’y rangersów zajmujących się ochroną imprezy, samochody techniczne, podnośniki z koszami, wózki widłowe no i oczywiście cysterny do opróżniania toalet. Ruch na terenie festiwalu jest zatem duży i trwa całą dobę.

Przekrój pojazdów jakie możemy spotkać na festiwalu Burning Man odzwierciedla Amerykę i jej mieszkańców ale z trochę innej strony niż ją znamy. Trochę pokręconą, dziwną, szaloną ale też bardzo pozytywną, otwartą, patrząc po pojazdach, mocno indywidualną i starającą się czerpać z życia przyjemność nie utrudniając go sobie zbytnio. Konstrukcje, które powstają wyrazają osobiste gusta i pragnienia konstruktorów. Może to być okręt kapitana, brutalna i ciężka maszyna w stylu tych znanych z Mad Max’a lub obity pluszem i oklejony folią aluminiową statek pięknych kosmitek, albo po prostu jakiś wrak z działającym silnikiem i kanapą na dachu.

Dla fanów motoryzacji wyjazd do Stanów Zjednoczonych to spełnienie marzeń, a jeśli można go połączyć z prawdziwym road tripem to jest się w pachnącym benzyną niebie. Wyjazd na festiwal Burning Man był swietnym uzupełnieniem i zwieńczeniem naszej wyprawy. Tytuł artykułu nie bez powodu nawiązuje do legendarnego filmu, który stał się ikoną dla fanów motoryzacji, a jego ostatnia część zwieńczyła dzieło. Zawsze chciałem choć trochę poczuć klimat tego filmu i na Burning Man’ie dostałem to co chciałem bez dostania po mordzie jak to by było w prawdziwym świecie Mad Max’a.  Własnoręcznie sklecone maszyny z potężnymi V8, skrawki ciuchów, maski na twarz i gogle,a wszystko skąpane w pustynnym kurzu, czego chcieć więcej…

Mam nadzieję, że chociaż w małym stopniu udało mi się oddać klimat tego miejsca i atmosfery tam panującej bo ciężko jest to opisać słowami, tam po prostu trzeba się wybrać, niezależnie od tego co lubisz, bo każdy znajdzie tam coś dla siebie. W następnych artykułach będę chciał opisać całą imprezę oraz naszą podróż po stanach i towarzyszące jej przygody i atrakcje.

Peace, Love & Gasoline

Autor: Michał Krzaklewski

Twarde parapety

Jeżeli wino pochodzi z winnicy, to piwo musi pochodzić z piwnicy

Dodaj komentarz