close
Życie kredką rysowane

Życie kredką rysowane

18 marca 2017Irena Czuszmalarstwopasje603Przeglądy
0udostępnień

Miałam sześć lat i kokardy wplecione w warkocze. Mama, obserwując jak idę swoim dziwnym krokiem po krawężniku, zapytała: – Dlaczego wszystko musisz robić po swojemu, nie tak jak inni? – Bo ja to jestem taka inna rasa, mamo!

To spontaniczne wyznanie w pewnym sensie określiło mój los. Od najmłodszych lat byłam niewpasowana i uważałam, że świat, który mnie otacza mógłby być piękniejszy, lepszy, bardziej baśniowy. Lubiłam być reżyserem, scenografem i odtwórcą głównej roli w przedstawieniu-zabawie, której oddawałam się całkowicie. Fantazjowanie i rysowanie było integralną częścią mojego dzieciństwa.

Pierwsze były kółka. Rysowałam je zanim nauczyłam się chodzić. Potem przyszedł czas serdelkowatych ludzików, drzew i butów. Buty rysowałam równie namiętnie jak głowy z profilu. Drzewom w jesiennej szacie i różom herbacianym, byłam oddana w trzeciej klasie podstawówki. Kwiaty musiały pojawić się na każdej laurce i obrazku z przydomowym ogródkiem. Domki musiały mieć ogródek. Z kominów wydobywał się dymek, a za domkiem rosło zazwyczaj ogromne drzewo. Taki sielankowy kiczyk utrwalił mi się prawdopodobnie po wakacjach spędzanych na wsi. Zielony, żółty i czerwony były moimi ulubionymi kolorami.

Po latach wciąż odkrywam, jak wielki wpływ miało na mnie obcowanie z lasem i wiejskim krajobrazem. Byłam dziewczynką z miasta, która w śnieżnobiałych rajstopach chodziła karmić króliki. Wiejskie życie było dla mnie czymś egzotycznym, dlatego w każdym kamyku, liściu łopianu czy kurze, widziałam coś, czego ani wiejskie dzieci, ani dorośli nie dostrzegali. Potrafiłam godzinami gapić się na kijanki i wymyślać, jaki będzie ich żabi żywot.

Dorastanie – to czas liceum plastycznego i pierwszych miłości. Rysowanie nie było wtedy moim priorytetem, ale podczas długich rozmów telefonicznych zarysowywałam, co miałam pod ręką. W moich rysunkach coraz mniej było postaci. Pojawiły się geometryczne wzory ewoluujące w dziwne architektoniczne twory. W tamtym czasie kiełkowała we mnie miłość do pięknych brył, budowli i wnętrz. Lata mijały, a rysowanie stało się z czasem częścią mojej wielozawodowości. Inna rasa nie dawała mi jednak spokoju, domagając się od czasu do czasu drastycznych zmian i nowych poszukiwań. Jak mawiał mój kolega – czasem naszym przekleństwem bywa zbyt szeroki zakres zainteresowań. Posiadam tę cechę, że jak coś mnie wciągnie to uczę się tego, aż się wyuczę, myśląc, że to już będzie to, czym będę zajmować się przez dłuższy czas. Z czasem pojawia się jednak nowa pasja i wciąga mnie równie mocno, co poprzednia. I wszystko zaczyna się od nowa.

Mam jeszcze jedną pasję, o której nie wspomniałam. Nie jestem w niej tak biegła jak w rysowaniu, ale staram wciąż doskonalić. To gotowanie, które w wydaniu najlepszych jest sztuką i przynależy do kultury wyższej, w moim zaś, jest jedynie dogadzaniem sobie i bliskim.

Zebrałam doświadczenie pracując jako projektantka wnętrz, arteterapeutka, graficzka kreatywna, copywriterka i trener grupowy. Cokolwiek robiłam, w mniejszym lub większym stopniu, obcowałam ze sztuką i korzystałam z moich plastycznych umiejętności.

Dziś zaczynam doceniać znaczenie daru do kreowania świata wyobraźni przy użyciu papieru i kredek. Powracam z ulgą, do tego, co jest najbardziej moje i naturalne – opisywania rozmaitych światów obrazami.

Kredki, pastele i akwarele – to wymagające dużej wprawy i dyscypliny twórczej techniki. Nie wybaczają błędów, ale wspaniale potrafią wynagrodzić poświęcony im czas.

Należę do twórców, którzy chwytając za narzędzie, jakim jest kredka czy pędzel, mają jasno sprecyzowany temat, ale mglistą wizję jego realizacji. Czasem końcowy efekt jest zaskakujący dla mnie samej.

Każda praca uczy mnie czegoś nowego. Lubię eksperymentować ze stylem i techniką. Pomysłów i tematów na obrazy mam tyle, że gdybym żyła nawet 200 lat, mogłoby mi zabraknąć czasu na ich realizację. Kondycji zabrakłoby mi z pewnością. Ten typ pracy ma jedną wadę, trzeba długo siedzieć w mało komfortowej pozycji.

Był taki czas w moim życiu, że bagatelizowałam i zaniedbywałam swoje naturalne predyspozycje i talenty. Ale takie tłumienie lub odwracanie się od własnej natury, zazwyczaj kończy się dość boleśnie. Szczęśliwi ci, którzy w porę odnajdą swój motyw przewodni, pasję lub cel istnienia i nie zabraknie im sił, talentu i sprzyjających okoliczności, by je realizować. Lista rzeczy potrzebnych człowiekowi do życia może być długa lub krótka. Z doświadczenia wiem, że im krótsza, tym lepsze jest życie. Wiem też, że poza kochaniem i byciem kochanym, potrzebujemy tworzyć. Obojętnie, czy jest to szydełkowanie, gotowanie, sklejanie modeli, przerabianie starych mebli, dbanie o ogród, pisanie, muzykowanie czy malowanie dzieł wielkich – w każdym z nas tkwi pierwiastek, który zainspirował naszych przodków do rozmazywania ochry i węgla drzewnego we wnętrzu ciemnych jaskiń.

Człowiek tworzyć musi, inaczej się udusi. W przenośni, a czasem także dosłownie. Nie ma znaczenia czy jest się geniuszem, czy tylko amatorem. Liczy się uczucie, którego doświadczamy w procesie twórczym.

Na początku historii ludzkości był obraz. Śmiem twierdzić, że język powstał nie tylko po to, aby polować i ostrzegać się nawzajem przed zagrożeniem, ale także po to, by móc pogadać o tym, co się nabazgroliło w jaskini. Wiele rzeczy może nas zawieść, ale nie to, co robimy z pasją, miłością i przekonaniem. I jeśli uprawianie sztuki nie zmieni się w obsesję i udrękę, to skutki mogą być tylko pozytywne.

Dziś mogę powiedzieć, że wyszłam z mrocznego lasu i zbliżam się do domu na polanie. Wiele splątanych ścieżek połączyło się w jeden trakt, który w przyjazny sposób prowadzi mnie tam, gdzie spełnia się moje przeznaczenie. Wiem, że rysować będę tak długo, jak długo ręce i oczy będą sprawne.

Nie zawężam się w swojej niepoważnej, jak ją nazywam, twórczości i nie ulegam modom. Obecnie sztuką określamy głównie przetwarzanie tego, co zrobili inni. Mnie to niezbyt interesuje. Może dlatego wybrałam rysunek, który pozwala wydobyć indywidualizm.

Tworząc ilustracje do książek dla dzieci odnajduję wspaniały, kolorowy i tajemniczy świat bez ograniczeń racjonalnego umysłu.

Kiedy rysuję portrety magiczne, otwieram się na ludzi i ich opowieści, angażuję całą swoją empatię, by wydobyć kredkami coś, co w danej chwili najlepiej ich ukazuje i najmocniej przemawia.

W trakcie powoływania do życia dziełek z odzysku – rysowanych na kartonikach z makulatury i kolorowanych w programie komputerowym domkach, uliczkach, miasteczkach, daszkach – odbywam podróż w miejsca ze snów lub takie, których raczej nigdy nie zobaczę. Staram się je interpretować po swojemu i nadawać im bardzo indywidualny charakter. Do niektórych moich odbiorców, te właśnie prace przemawiają najmocniej.

Czy to, co tworzę, odzwierciedla choć trochę to, o czym napisałam? Sami oceńcie oglądając moje prace.

Irene Isza Czusz

https://www.facebook.com/PortretyIrene/

Irena Czusz

Dobry rocznik. Wyśmienite poczucie humoru z nutą ironii. Klarowne poglądy. Lubi leżakować. Ma wtedy najlepsze pomysły. Nie szuka poklasku. Rysuje, pisze, gotuje, bywa artystką i kobietą domową. Pamięta swoje sny. Kocha dobre opowieści. Umie słuchać. Najchętniej mieszkałaby w trzech różnych miejscach jednocześnie. Szefowa kredek w Wytwórni Wyrafinowanych Wizerunków.

 

Najpierw zwariowała Japonia, potem cały świat

Grrr…a Muzyka!